sobota, 28 sierpnia 2010

DOM I OGRÓD

Nie wiem czy pelargonie to moje ulubione kwiaty (tyle ich na ziemi), ale potrafią mnie wprowadzić w zupełnie niezwykły nastrój.


A tu, w Swystowym Sadzie wyglądały z każdego parapetu.


Każdego ranka pani Grażyna, gospodyni dworku, rozpalała pod węglową kuchenką, a ja wpatrywałam się w wielki niebieski czajnik, wyczekując aż woda zacznie bulgotać. Pierwsza kawa!



Siadaliśmy na wspólne śniadanie w wielkim drewnianym salonie, otwartym na cztery strony świata, a za oknem zielone góry cichutko wołały. O tych wspólnych posiłkach napisze więcej, bo to część filozofii właścicieli, którzy w ten prosty sposób integrują gości. I to działa! Na początku cisza. Przy kolejnym posiłku przełamana pojedynczym słowem, a później robi się zwyczajnie, tak domowo, a rozmowy prowadzone przy stole - niezapomniane!


Dzieci od rana do wieczora biegały po ogrodzie zasypanym płatkami wiśni. Bo to miejsce prócz tego, że niezwykłe, bardzo przyjazne dzieciom.


Igor upodobał sobie drabinkę zawieszoną na drzewie. Proste drewniane szczebelki przewleczone sznurkiem.
Byliśmy tu w maju - zielone kwitnące góry obsypane białymi płatkami. I zapach wiosny, tej pierwszej, obudzonej. Kąpiele w strumyku, dzikie kwiaty, kozy i pyszne jedzenie.


Bez telewizora, dzwoniącej komórki (zasięgu brak) i sklepów, przypomniałam sobie ile ciszy jest we mnie, harmonii i spokoju. Tu, w Swystowym Sadzie staliśmy się na powrót częścią prawdziwego świata - Natury.
I nikomu uśmiech nie schodził z twarzy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz