Co robiliśmy całymi dniami? Zupełnie nic i wszystko. Radość nas rozpierała na tę zieleń woków, tysiące małych drobiazgów zaspokajało głód estetyki. A Tymi nie mógł się nadziwić tej wolności i dzikości.
W Swystowym sadzie nawet zabawki są drewniane, przypominające dawną lekkość i prostotę życia.
Wózek zrobił furrorę i wcale się nie dziwię, sama chciałabym taki mieć.
To niezapomniane chwile, pełne słodyczy, wiatru. Pod niebieskim niebem.
Tymi prócz roweru często zaglądał do mniejszego domku dla gości. Bo następną zasada gospodarzy jest zaufanie, wiec wszystkie drzwi są otwarte. Można więc zaglądnąć w każdy kącik.
Tymi skakał po pochyłych ścieżkach jak mała koza.
Bałam się z początku, a później stało się tak, że to on nas prowadził.
Obok stał dwurodzinny domek także dla gości - mogłabym w takim zamieszkać! Tymi lubił tam zaglądać i wspinac się po drabinkowych schodach na górę.
A kiedy zbliżał się wieczór siadaliśmy przed kominkiem, czytaliśmy książki (świetna biblioteka), układaliśmy drewniane klocki i rozmawialiśmy o chmurach, Bogu, wyprawie w góry albo milczeliśmy zaklęci pięknem tego miejsca.
Tu dzieci zapomniały o telewizji, komputerze i sklepach, a w drugi dzień pobytu pytały, czy w Swystowym Sadzie zostaniemy na zawsze? Niezbyt to możliwe, ale czemu by nie stworzyć swojego "swystowego sadu". Życie, które cieszy.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz